Joanna Roś

ANARCHIŚCI, SYNDYKALIŚCI, FELLOW-TRAVELERZY.

Cześć I: Albert Camus i Marie Louis Berneri

Marie Louise Berneri

 

W 1946 roku, krótko po zakończeniu II wojny światowej, Albert Camus napisał jeden ze swoich najpiękniejszych i najbardziej dramatycznych esejów. Mówił w nim o wojnie, tej minionej i tej znów zagrażającej ludzkości, ale jego słowa dotyczyły przede wszystkim konfliktów między tym, co słuszne, a tym, co nikczemne. Esej ukazał się w czasopiśmie ruchu oporu, "Combat", które Camus redagował podczas okupacji hitlerowskiej. Trudno zapomnieć jego tytuł - stanowczy i prosty: Ani kaci, ani ofiary.

 

Nakłania się nas, abyśmy kochali pewne narody i pewnych ludzi, innych zaś nienawidzili. Lecz niektórzy zbyt mocno odczują nasze wspólne człowieczeństwo, aby dać się nakłonić do podobnych miłości i nienawiści. Ci, którzy naprawdę kochają naród rosyjski, wdzięczni za to, czym nigdy nie przestał być - zaczynem, fermentem świata opisywanym przez Tołstoja i Gorkiego - nie będą życzyli mu sukcesu w polityce władzy, opartej głównie na wykorzystaniu siły, ale raczej będą chcieli mu oszczędzić, po wszystkich tragediach przeszłości, nowego i jeszcze straszniejszego rozlewu krwi. To samo dotyczy Amerykanów i ludności nieszczęśliwej Europy. Jest to rodzaj elementarnej prawdy, o której zapominamy pośród wściekłych pasji naszych czasów

- pisał Camus.

 

Czytając jego esej, którego tezy podzielało wielu śródziemnomorskich intelektualistów i antyfaszystów pozostających na uchodźtwie, myślę o Marie Louise Berneri (1918-1949), charyzmatycznej anarchistycznej dziennikarce i pisarce, urodzonej we Włoszech. Berneri była jedną z córek Camillo Berneri, profesora filozofii i pedagożki Giovanny Berneri, popularnych postaci we włoskim ruchu anarchistycznym, zmuszonych do ucieczki z faszystowskich Włoch w 1926 roku.

 

 

Giovanna i Camillo Berneri

 

Maria przyjęła francuską wersję swojego imienia i w połowie lat trzydziestych zaczęła studia z psychologii na Sorbonie. W chwili wybuchu hiszpańskiej wojny domowej jej ojciec wyjechał do Hiszpanii, gdzie stworzył kolumnę włoskich ochotników walczących z oddziałami wojsk generała Franco. Brał udział w walkach na terenie jednego z bastionów anarchizmu - Aragonii, redagował także włoską rewolucyjną anarchistyczną gazetę "Guerra di Classe".

W 1937 roku Marie po raz drugi pojechała do Hiszpanii - na ulicach Barcelony doszło do konfliktów zbrojnych pomiędzy anarchistami a stalinistami. 5 maja członkowie komunistycznej partii Hiszpanii, działający na polecenie z Moskwy, uprowadzili jej ojca, po czym porzucili jego rozstrzelane ciało niedaleko Generalitat de Catalunya.

 

 

Camillo Berneri (po prawej) podczas wojny domowej w Hiszpani

 

W niedługim czasie po tym wydarzeniu Marie przeprowadziła się do Anglii, gdzie prowadziła kampanię wsparcia dla hiszpańskich anarchistów i starała się ożywić angielską tradycję anarchistyczną. Ogłosiła mnóstwo artykułów o tematyce politycznej i moralnej w angielskich czasopismach "Spain and the World", "War Commentary" i "Freedom". Kiedy Camus pisał swój esej "Ani kaci, ani ofiary", Marie z równą prostotą i przekonaniem podkreślała fałszywą dychotomię zimnej wojny, obwieszczaną przez ideologów kapitalistycznego Zachodu i komunistycznego Wschodu. Wierzyła w anarchistyczną alternatywę, w transnarodowy ruch, dążący do sprawiedliwości społecznej i pokoju.

 

 

"War Commentary", 1944

 

Nigdy nie poznała Camusa, który - jako człowiek i pisarz - dojrzewał wraz z podobnym doświadczeniem sprzeciwu wobec faszyzmu i stalinizmu, ale zawsze wydawała mi się być jego młodszą, bardziej zradykalizowaną siostrą. Nie bała się mówić, że podczas gdy ustroje liberalnych państw zachodnioeuropejskich i nazistowskich Niemiec różniły się, ostatecznym celem rządu Wielkiej Brytanii, Francji oraz Stanów Zjednoczonych nie była wcale obrona demokracji. Ryzykowała opinie, które przyniosły jej wielu wrogów i oskarżenia o niedopuszczalne herezje: opisywała drakońskie metody „dyscyplinowania” robotników w ramach alianckich działań wojennych w Wielkiej Brytanii, jednocześnie konsekwentnie potępiając oportunistyczną postawę aliantów wobec stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Sam Camus nigdy nie ukrywał swojego pociągu do anarchizmu. Wyczytujemy go z camusowskich powieści i dramatów - z Dżumy, ze Sprawiedliwych, ze Stanu oblężenia. Już przed drugą wojną światową wyrażał podziw dla anarchosyndykalistów i to właśnie w ich sposobie rozumienia życia politycznego widział szansę na uleczenie sumień i uniknięcie kolejnych wojen. W momencie publikacji swojej najsłynniejszej książki, Dżumy, założył anarchosyndykalistyczny Ruch Unii Rewolucyjnej. Z biegiem lat jego współpraca z pismami o proweniencji anarchistycznej pogłębiała się, podobnie jak przekonanie, że polityka powinna zaczynać się od dobrowolnych stowarzyszeń spółdzielczych, opartych na pracy grup, a nie państwa. Stał się nawet członkiem rady redakcyjnej małego libertariańskiego przeglądu "Témoins". To właśnie wtedy poznał Giovannę Berneri, matkę Marii.

Nie wiemy, czy zapoznał się z publicystyką jej córki, ale z pewnością doceniłby przekonanie Marii, że idealizm i kreatywność oddolnych ruchów antytotalitarnych i antyimperialistycznych mogłyby stać się źródłem nowej Europy lat powojennych - Europy federalnej, demokratycznej, kooperatywnej, opartej na sprawiedliwości społecznej, prawach człowieka i godności ludzkiej.

 

Pisma Marie wypełnione są twórczą, radykalną energią, sprzeciwem wobec dyktatury państwa i militaryzmu. Berneri odrzuca ograniczone horyzonty i doktrynerską sztywność uczestników Zimnej Wojny - z jednej strony triumfalizm zachodnich państw kapitalistycznych budzi jej odrazę i sprzeciw, z drugiej kwestionuje moralny autorytet, do jakiego roszczą sobie prawo komuniści.

Marie-Louise Berneri razem z Camusem chciała podążać trzecią drogą, łączącą lokalne autonomie z ponadnarodową solidarnością i współpracą gospodarczą, post-narodowy system demokratyczny z likwidacją mentalnych pozostałości nacjonalizmów i scentralizowanej władzy.

Trzy lata po tragicznej śmierci Marie (zmarła wraz z dzieckiem podczas porodu, mając zaledwie trzydzieści jeden lat), jej artykuły zostały przedrukowane w tomie zatytułowanym Ani Wschód, ani Zachód.

Poniżej publikujemy dwa eseje z tego wartego uwagi zbioru.

 

 

Louis Berneri,

Neither East or West, Freedom Press 1952

 

 

 

ANI WSCHÓD, ANI ZACHÓD

 

Otrzymaliśmy następujący list krytykujący artykuły, które ukazały się w wydaniu „Wolności” z dnia 15 listopada:

 

Jestem zaskoczony i zniesmaczony krzykliwą i jadowitą propagandą antyrosyjską, zawartą w waszych artykułach na temat represji mających miejsce w Europie Wschodniej.

Tym z nas, którzy próbują uratować cywilizację przed zniszczeniem atomowym, podobna propaganda nie ułatwia zadania. W jednym z artykułów twierdzicie, że dominacja rosyjska nad jakimkolwiek krajem przyniesie ubóstwo, głód i przygotowania do nowej wojny. Jest to bardzo niesprawiedliwa prognoza, ponieważ klęska głodu w niektórych krajach Europy Wschodniej wynika z faktu, że na ich terytorium toczyły się ciężkie działania wojenne, nie wspominajac nawet, że „niezależność narodowa” przedwojennych lat polegała tam na bardzo reakcyjnych rządach, utrzymujących kraje w stanie zacofania.

Gdzie indziej piszecie: „Rosja nie dba o to, że w wojnie polegną miliony jej obywateli. To pozwoliło jej stać się największą potęgą świata, drugą po Stanach Zjednoczonych”. Czyżbyście zapomnieli jak wielu Rosjan straciło życie podczas minionej wojny i że naród rosyjski ucierpiał tak samo, a może nawet bardziej niż kraje Europy Wschodniej? Nie przeczę, że rosyjski imperializm obchodzi się z krajami Europy Wschodniej jak z podmioty kolonialnymi, dokładnie w taki sam sposób, w jaki Wielka Brytania traktuje swoje terytoria zamorskie. Ale co powiecie o segregacji rasowej w Południowej Afryce? O warunkach epidemicznych w Indiach Zachodnich? O brutalnym kapitalizmie i straszliwej rasistowskiej dyskryminacji zatruwającej Stany? Co macie do powiedzenia o zniewoleniu Ameryki pod jarzmem militarystycznych i nacjonalistycznych pryncypiów? Widzę, że niezbyt często zabieracie głos na ich temat, a zwłaszcza na temat warunków panujących w Imperium Brytyjskim.

Prawa kapitalizmu robią wystarczająco dużo i bez waszej propagandy sprzyjającej podżegaczom wojennym, by wciągnąć Amerykę, nas samych i cały świat w szaleństwo kolejnej wojny.

Rosja jest pełna imperialistów, ale mamy ich też dużo bliżej domu. Nie jesteśmy w mocy, aby zrobić cokolwiek w sprawie procesów politycznych w Europie Wschodniej, tylko jej mieszkańcy są w stanie powstrzymać tą machinę; ale możemy interweniować w kwestii napięć między narodami oraz warunków życia na terenie Imperium Brytyjskiego i USA.

Nie zgadzam się z żadnym imperializmem i z pewnością nie uważam, że Rosja jest lepsza niż jakikolwiek inny kraj; w rzeczywistości jej polityka zagraniczna każdego dnia zbliża się do tej Romanowów. Nie chcę jednak oglądać powtórki z Hiroszymy - w San Francisco, Sydney, Moskwie, Edynburgu czy innym wielkim mieście, a więc nie podejmę żadnego kroku wikłającego mnie w ten konflikt: bezpośredni skutek polityki Vansittarta-Ehrenburga, która doprowadziła do Poczdamu.

Wojny nacjonalistyczne nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Następna, jeśli wcześniej nie zniszczy nas wszystkich, stworzy nowych dyktatorów.

 

Nasz korespondent miałby całkowitą rację, potępiając nas za podżeganie do wojny, gdybyśmy aatakowali rosyjski imperializm, jednocześnie broniąc Wielkiej Brytanii i Ameryki. Wyciągając cytat z kontekstu, fałszywie przedstawia naszą intencję. W artykule, z którego cytuje, po stwierdzeniu, że „dominacja rosyjska nad jakimkolwiek krajem przyniesie ubóstwo, głód i przygotowania do nowej wojny", natychmiast padają słowa: „To przekonanie nie prowadzi nas do szukania schronienia w ramionach brytyjskiego lub amerykańskiego imperializmu; wręcz przeciwnie, zdajemy sobie sprawę, że siła Rosji polega na tym, iż jej przeciwnicy są równie bezwzględni i skorumpowani jak ona sama. Tak długo, jak socjaliści i inne partie walczą z komunizmem zza amerykańskiej spódnicy, nie mają najmniejszych szans na wygraną. Innymi słowy -  potępiamy postawę, o którą sami jesteśmy oskarżani.

Autorka listu do redakcji przekłamuje kolejny fragment naszego artykułu: „Rosja nie dba o to, że w wojnie polegną miliony jej obywateli". W rzeczywistości napisaliśmy: „Żdanow ma powody, aby być zadowolonym z konsekwencji wojny...”. Mieliśmy na myśli ludzi rządzących Rosją, których Żdanow reprezentuje w Komintermie. Jesteśmy ostatnimi, którzy mogliby zapomnieć o cierpieniach narodu rosyjskiego i dlatego oskarżamy rząd rosyjski o poświęcenie milionów istnień dla swoich imperialistycznych aspiracji.

Nie poświęcalibyśmy czasu na wyjaśnienie naszej czytelniczce tych nieporozumień, gdyby nie wynikały one z poglądu bardzo rozpowszechnionego w kręgach lewicy i sprawiającego, że ​​wielu ludzi, pozbawionych jakiejkowiek sympatii dla stalinowskiego reżimu, reaguje z oburzeniem na każdy atak na niego.

Ich postawa jest bardzo podobna do stanowiska wielu socjalistów i pacyfistów, którzy w latach przedwojennych przysłuchiwali się z dezaprobatą silnemu potępieniu reżimu Hitlera, ponieważ bali się, że stanowcze "nie" sprowokuje wojnę. Strach przed wojną doprowadził ich do obojętności na los Hiszpanii i do milczenia w obliczu postanowień układu monachijskiego.

Teraz przychodzi nam się zmierzyć z tymi, którzy dmuchając na Rosję, próbują ją obłaskawić. Z ludźmi tak zahipnotyzowanymi wizją wojny atomowej, że aż gotowymi przymykać oczy na zbrodnie popełniane pod ich nosem.

Całkowicie nie zgadzamy się z podobnym zachowaniem. Nie uważamy, aby polityka tłumienia faktów umożliwiała uniknięcie konfliktu. Jesteśmy takiego zdania nie tylko ze względów etycznych, ale także praktycznych. Etycznych: ponieważ przeciwstawiamy się tłumieniu prawdy nie pasującej do określonej lini politycznej; byłaby to równoznaczne z uprawianiem propagandy w sensie pejoratywnym, który nasz korespondent nadaje temu słowu. Nie interesuje nas tak pojmowana „propaganda”. W czasie wojny, kiedy wszyscy - począwszy od pana Churchila - wychwalali towarzysza Stalina, potępialiśmy rosyjski reżim. Gdybyśmy troszczyli się o propagowanie „propagandy kapitalistycznej”, nie głosilibyśmy niepopularnych prawd przez te wszystkie lata.

Nie zamierzamy zmieniać naszych poglądów na temat Rosji tylko dlatego, że z powodów imperialistycznych orędownicy amerykańskiego i brytyjskiego biznesu potępiają teraz rosyjski totalitaryzm. Wiemy, że ich oburzenie jest obłudne i że rzucą się odnawiać przyjaźń, jeśli będzie to odpowiadać ich interesom. Czy wiedząc o tym wszystkim, mamy zdusić nasz własny protest?

Powody praktyczne są równie ważne. Taktyka omijania Stalina nie powstrzyma przyszłej wojny, tak jak polityka głaskania Hitlera nie powstrzymała ostatniej. Jedynym sposobem zapobiegania działaniom wojennym jest usuwanie ich przyczyn. Wojny nie biorą się znikąd - ich bakcyla noszą w sobie totalitarne reżimy. Potępiliśmy go w Ameryce, w Idiach, w Grecji i Palestynie. Zawsze opowiadaliśmy się za całkowitą niezależnością brytyjskich kolonii; na wszelkie sposoby broniliśmy swobód obywatelskich.

Korespondentka kwestionuje nasze przypuszczenie, że dominacja rosyjska przyniesie Europie Wschodniej głód i ubóstwo. Oparliśmy je na dwóch zasadniczych obserwacjach: po pierwsze, przed wojną Rosja doświadczyła nawracającej fali głodu z powodu przymusowej kolektywizacji i biurokratycznych błędów; po drugie, wojna jest częściowo odpowiedzialna za krytyczną sytuację w Europie Wschodniej, ale polityka Rosji, to jest przywłaszczanie sobie sprzętu przemysłowego i surowców z krajów pod jej panowaniem uniemożliwia ożywienie gospodarcze. Izolując kraje wschodnie od reszty Europy, Rosja na własne życzenie uniemożliwia normalną wymianę towarów między Wschodem a Zachodem.

Nie akceptujemy również przeświadczenia, że procesy polityczne, które obecnie toczą się w Europie, nie są naszą sprawą i nie powinny nas obchodzić. Nasze protesty prawdopodobnie nie wpłyną na bieg wydarzeń, ale to nie znaczy, że wolno nam milczeć. Robotnicy na całym świecie, którzy bronili Sacco i Vanzetii'ego, nie zdołali ich uratować od krzesła elektrycznego, ale kto odważyłby się powiedzieć, że ich protesty były niepotrzebne?

Będziemy potępiać procesy polityczne, niezależnie od tego, czy odbywają się w Waszyngtonie, czy w Warszawie. Kiedy rząd umieszcza człowieka w więzieniu za jego poglądy polityczne, nie pytamy o narodowość tego rządu.  Zawsze jesteśmy po stronie ofiar państwowej tyranii.

Nienawidzimy wojny i konsekwentnie z nią walczymy - dlatego wyrażamy sprzeciw wobec państwowej opresji, gdziekolwiek się ona pojawi.

 GRUDZIEŃ 1947

 

 

 

CZY BRYTANIA WSKAŻE DROGĘ?

 

Demagodzy nie tracą czujności, zawsze gotowi zmienić wyczerpującą się taktykę propagandy. Dla Attlee (premiera Wielkiej Brytanii - przyp. tłum.) Nowy Rok jest równie dobry na propagandowe manewry. Zdając sobie sprawę, że robotników w tym kraju oburza zarówno amerykański, jak i rosyjski reżim, premier zamienił swoje noworoczne przesłanie w próbę zareprezentowania „socjalistycznej” Brytanii jako Trzeciego Obozu, jedynego, który pokazuje światu właściwą ścieżkę ku sprawiedliwości społecznej. Attlee twierdzi, że Wielka Brytania i kraje Europy Zachodniej nie są w żadnym sensie „rozwodnionym kapitalizmem” ani "rozcieńczonym komunizmem”, ale czymś zupełnie innym - i przyjmując salomoną postawę samousprawiedliwienia, potępia Rosję za brak wolności politycznej, zaś Amerykę za oparcie gospodarki na kapitalizmie.

Bez wątpienia „historia radzieckiej Rosji dostarcza nam ostrzeżenia - przestrogi, że bez wolności politycznej kolektywizm degeneruje się i prowadzi do nowych form opresji i niesprawiedliwości. Tam, gdzie brakuje wolności politycznej, wpełzają przywileje i nadużycia".

Ale przecież przywileje i nadużycia istnieją również tam, gdzie nie istnieje wolność gospodarcza i twierdzenie, że w społeczeństwie kontrolowanym przez kapitalistyczne monopole wolność polityczna ma się lepiej niż w gospodarce centralnie planowanej, jest niespójne i niedorzeczne.

W rzeczywistości różnice międy systemami społecznymi Ameryki, Wielkiej Brytanii i Rosji, tkwią jedynie w praktyce, nie w wiodącej regule. Wszystkie one opierają się ostatecznie i zasadniczo na przymusie, a ilość stosowanego przez nie nacisku zależy od potrzeb klasy rządzącej. Ameryka nie potrzebuje gospodarki kontrolowanej przez państwo, ponieważ kapitalizm doskonale opanował praktyki wywoływania presji. Wielka Brytania nie wykształciła jeszcze własnego NKWD na pełną skalę, gdyż rząd radzi sobie równie dobrze za pomocą  oszustw i propagandy. Ameryka ma swoje polityczne pogromy, Wielka Brytania - ingerencje w wolność robotników do decydowania o własnym zatrudnieniu, więc gdyby klasa rządząca wyraziła zainteresowanie, ustrój tych państw łatwo zostałby przekształcony w coś przypominającego sowiecką tyranię. Te trzy systemy polityczne są w rzeczywistości wersjami tego samego społeczeństwa państwowego.  Warunki społeczne stale upodobniają je do siebie w ich wewnętrznych formach, o ile nie w zewnętrznych interesach.

Jeśli, jak twierdzi Attlee, wolność polityczną da się pogodzić z gospodarką planowaną, to pierwszą rzeczą, którą powinien zrobić, jest uchylenie wszystkich przepisów i regulacji, krępujących wolność mieszkańców tego kraju. W istocie, nawet gdyby chciał, nie wykonałby takiego kroku, ponieważ struktura gospodarki państwowej zależy od przymusu, a jego stopień dyktuje zagrożenie potencjalnego buntu ludności.

Chyba nikt nie wyrazi zdziwienia, że przemówienie Attlee zostało szeroko zinterpretowane jako głęboko antyrosyjskie. To prawda, że premier​​ krytykuje również amerykański kapitalizm, ale jego zarzuty przybierają ton bardzo łagodny. Z drugiej strony mówi, że „Ameryka staje po stronie indywidualnej wolności", podczas gdy ostatnie wydarzenia - polityczne prześladowania mniejszości amerykańskich - uczą nas raczej, że klasa rządząca USA rozpoznaje wolność jednotki wyłącznie wtedy, gdy można na niej zarobić.

W ten sam sposób Attlee potępia sponsorowanie przez Rosję tyranicznych reżimów w Europie Wschodniej. Nie wspomina jednak ani słowem o rosyjskim poparciu dla reakcyjnych rządów Grecji i Turcji, które w swojej przychylności dla intensywnych prześladowań politycznych nie ustępują komunistycznym dyktaturom Europy Wschodniej i Bałkanów. Amerykańskie okręty wojenne pływają po wodach greckich, a amerykańscy żołnierze stacjonują w Turcji - wszystko po to, aby zapewnić stabilność rządów w żadnym razie nie zasługujących na miano demokratycznych, chyba, że w sensie nadanym temu słowu przez państwa-marionetki Rosji.

Pomimo całej pomysłowości Attlee'a, Wielka Brytania, dokonując ataków na indywidualną wolność oraz uczestnicząc w amerykańskich kampaniach imperialistycznych, pokazuje naturę podobną do totalizmu Rosji i Ameryki - różnica tkwi wyłącznie w stopniu, który rozmaite okoliczności mogą łatwo nasilić.

W istocie, trzecia droga istnieje. Biegnie w opozycji do jakiegokolwiek Państwa, ponieważ tam, gdzie panuje Państwo, ograniczenie wolności w domu i imperialistyczne operacje za granicą są nieuniknione.

STYCZEŃ 1948